Wymieszanie zdenerwowania z rozczarowaniem. Kiedy okazuje się, że wszyscy "przyjaciele" nagle gdzieś zniknęli. Nawet nie wiesz kiedy a okazuje się, że zostałeś sam. Chyba nadal trudno mi w to uwierzyć? Jestem aż tak złym człowiekiem?
Dwudziestoletnia przyjaźń rozpadała się miesiącami. Z czasem jak bardziej dojrzewałam i nabierałam większej chęci, do bronienia swojej prywatności, zachowanie Karoliny zaczęło mi przeszkadzać. Nie podobało mi się, że o wszystkim co jej mówię, dość szybko dowiaduje się jej rodzina. Jak mogłam jej ufać, powierzać tajemnice, skoro wiedziałam, że prędzej czy później przekaże to dalej?
Chodziłam do szkoły w jej mieście. Często wpadałam po szkole bez uprzedzenia. Od taki spontaniczny wypad do przyjaciółki. Starałam się poświęcać Karolinie możliwie dużo czasu. Ale ona z czasem zaczęła mieć inne zajęcia - studia. Wiem jak to jest. Zajęcia, nauka. Czasem trudno znaleźć chwile dla siebie. Ale przecież nie wymagałam nawet spotkań raz w tygodniu. Nie chciałam całego dnia spędzać z nią, to znaczy wiedziałam, że jest to nierealne.
Zapraszałam ją do siebie, ale nie przyjeżdżała nigdy. Twierdziła, że to dlatego, że nie zapraszam jej i jakoś nie docierały do niej zapewnienia, że mój dom jest zawsze do niej otwarty i nie musi czekać na zaproszenie. Wystarczy zadzwonić i upewnić się, że jestem w domu. Ale to widać było niewykonalne.
Z czasem zaczęło przeszkadzać mi, że to ja zawsze do niej jeżdżę. Ze ja zawsze dzwonie. Na początku tego roku o wymówkę nie było trudno. Przygotowanie wystawy, nauka do matury, nauka do egzaminu zawodowego. A ona nie dzwoniła, nie pisała, nie proponowała spotkania. Już nawet nie pamiętam kiedy byłam u niej po raz ostatni. Na początku lutego? Przykro się zrobiło kiedy dowiedziałam się, że do koleżanki ze studiów jakoś jeździ i nie ma z tym problemu.
I moja druga, jak mi się wydawało, bliska koleżanka. Może przyjaciółka. Z Beatą chodziłyśmy do równoległych klas w gimnazjum. Poszłyśmy do jednego technikum i od początku trzymałyśmy się razem. Wiadomo, raz było lepiej, raz gorzej. Wzajemnie działałyśmy sobie na nerwy ale mimo wszystko była najbliższą osobą w klasie (mimo, że nie byłam tak zwariowana jak Joasia z którą zakumplowałyśmy się na początku drugiej klasy i która była od szaleństw z Beatą).
Czasem miałam wrażenie, że jestem powiernikiem obu. Coś w stylu łagodzenia sytuacji w czasie kłótni. Znałyśmy się na tyle dobrze, że z każdą z nich mówiłyśmy sobie co przeszkadza w trzeciej i w jakiej sytuacji zachowała się nie w porządku.
W pewnym momencie Joasia zakochała się. Akurat byłyśmy na praktykach. Z Aśką widywałam się codziennie w autobusie a z Beatą w firmie. Obie nas uderzyło to, że o nowym związku dowiedziałyśmy się z fb. Asia przy Rafale nie była sobą. Kiedy się pojawiała odsuwała się od nas i zajmowała nim. Rozumiem, że chcą pobyć razem, ale dziwne było to, że nawet na chwile rozmowy nie mogli stanąć z nami.
Technikum się skończyło a wraz z nim przyjaźń. Z Asią zawsze miałam luźniejsze stosunki. Mogłyśmy pogadać, ale to Beata nas spajała. I o dziwo naprawdę rozumiem Asie. Pracuje i studiuje zaocznie. Oprócz tego wykorzystuje każdą wolną chwilę na spotkanie z chłopakiem. Nie dziwie się, że nie ma czasu dla mnie. I tak ma sporo na głowie.
Z Beatą widziałyśmy się chyba ostatni raz na koniec lata. Byłyśmy na piwie, by oblać moje urodziny i wspólny sukces z dobrze zdanego egzaminu zawodowego. Wszystko było w porządku, aż wpadła na genialny pomysł, by zaprosić chłopaka z którym aktualnie kręciła. Koleś długo nie przychodził, co coraz bardziej działało jej na nerwy. Więc postanowiła mnie "naprostować" i wygarnąć wszystko co sądzi o mnie i mojej miłości na odległość. Nie powiedziała nic o czym bym nie wiedziała, ale to i tak zabolało.
Było po 22 a ja byłam coraz bardziej zmęczona. Drinki pite od 16 i piwo (właściwie na pusty żołądek) robiły swoje a ja czułam się średnio dobrze. Powiedziałam, że wracam do domu i jeśli chce to podrzucę ją (szoferem był mój ojciec - żeby nie było, że jeżdżę wypiwszy) w dowolne miejsce w mieście, bo nie chcę, by sama wracała o tej porze. Oczywiście odmówiła.
Zaczęłam studia. Codzienne pokonywanie godziny pociągiem w jedną stronę a później dojeżdżanie tramwajami stawało się coraz bardziej męczące, ale nie chciałam, żeby Beata pomyślała, że skoro wyjeżdżam na studia to nie interesuję się znajomymi z domu. Próbowałam się z nią umówić. Dzwoniłam a kiedy słyszałam, że nie jest pewna co i jak mówiłam "dobrze, odezwij się w piątek i dogadamy się do co soboty". Nie odezwała się nigdy. Wczoraj znów rozmawiałyśmy. Miała przyjechać dziś do miasta, ale nie wiedziała kiedy konkretnie. I znów padło zdanie "dobrze, to napisz mi rano co i jak". Miała napisać, nie napisała. Odpowiedziała dopiero kiedy napisałam przed 12, że ma bardzo długi ranek. Okazało się, że jest już w mieście i chodzi z koleżanką po sklepach, więc jeśli chce to mogę dołączyć. Straciłam cierpliwość. Byłam smutna i zła jednocześnie. Myślałam, że pobędziemy chwile we dwie, że będę mogła szczerze z nią porozmawiać. Sądziłam, że usiądziemy gdzieś, napijemy się nawet tego głupiego piwa i...okazałam się ostatnią naiwną. Zabolało, że zamiast poświęcić mi czas wrzuca mnie między bluzki i "skazuje" na towarzystwo dziewczyny, którą owszem znam i lubię, ale nie jest mi na tyle bliska, by się przed nią otworzyć.
Naprawdę zrozumiałabym, gdyby była jakaś mega zajęta. Ale ona nie pracuje (choć ma możliwość podjęcia pracy, to nie chce "bo tak"), nie studiuje a jedynym jej zajęciem jest facet. (I skąd się dowiedziałam, że ma kogoś? Z fb! Sytuacja tak cholernie podobna do Aśki, którą Beata była oburzona.)
Często w programach, które mają kobietą przywrócić pewność siebie, gdzie gwiazdy radzą jak się ubrać, by wyglądać i czuć się dobrze, o każdej bohaterce wypowiada się jej rodzina i przyjaciele. Tak sobie myślę, że gdybym ja miała iść do takiego programu, nie znaleźli by przyjaciela, który mógłby powiedzieć jaka jestem. Ja zwyczajnie takiego przyjaciela nie mam.
W takim razie witaj w klubie, bo mi przyjaźnie też nie wychodzą ech ;/
OdpowiedzUsuń