Znów mam dość studiów. Nie chodzi o to, że nie widzę siebie na tym kierunku. Nie chodzi o nadrabianie zaległości, przenoszenie się z poziomu podstawowego z technikum na rozszerzony wymagany na kierunku. Nie chodzi o to, że mimo duszy humanisty, którego ciągnie do zupełnie czegoś innego, wałkuję przedmioty ścisłe. Nie... Ta chwila słabości jest już za mną. Przypomniana tylko boleśnie za każdym razem, kiedy siadam do zadań, które nie chcą dać się rozwiązać. Kiedy znudzona wkuwam biologie, by po chwili rzucić w kąt książkę i olać kartkówkę z myślą, że przecież jeśli nie zaliczę semestru to nic się nie stanie. Postanowiłam dać sobie szansę, czas na zaprzyjaźnienie się z kierunkiem, do którego nie ciągnie mnie już zupełnie nic.
Teraz mam dość dojazdów. Codziennego wstawania wczesnym rankiem, by wsiąść w pociąg, który robi wszystko, bym spóźniła się na pierwsze zajęcia. Mam dość jeżdżenia zatłoczoną komunikacją miejską. Dojazdów z jednego kampusu na drugi. Przesiadywania w samotności kilku godzin w przerwie między zajęciami. I w końcu mam dość zajęć, które kończą się tak, że brakuje mi zaledwie kilku minut do dostania się na pociąg, które skazują na spędzenie kolejnych samotnych godzin na dworcu.
Mam dość braku czasu. Braku przynależności do miejsca. W domu jestem gościem. Wracam właściwie tylko by spać. Studenckie miasto też nie jest moje. Przyjeżdżam i odjeżdżam codziennie nie mając nawet chęci na zwiedzenie go.
Brak czasu na naukę, odpoczynek. Na miłość, życie...
Miałam racje, kiedy czułam całą sobą, że nie zostało mi dużo czasu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz