Pierwszy raz powiedziałam na głos o rzuceniu studiów. Przy mamie. Bardziej żartem. Za bardzo boje się, że zawiodę tak dumną ze mnie rodzinę. Wiem, że nie zdobędę się na ten krok. Nie rzucę studiów. Nie przerwę chyba, że mnie wywalą...
Marudziłam, że jednak nie jestem tak inteligentka, jak mi się wydawało. Że sama nie poradzę sobie geometria wykreślną. Ale może to prawda, że zwyczajnie lecę po najmniejszej linii oporu? Że nie staram się, nie przykładam i nie próbuję, bo mi nie zależy?
Muszę sama otwarcie przyznać się przed sobą, że nie uczyłam się zbyt wiele. Może poszukałam książek, usiadłam kilka razy do zadań tylko po to, by w razie czego zagłuszyć własne sumienie? Bo przecież uczyłam się, starałam się ale nie wyszło. To nie prawda. I wiem o tym doskonale. Czas przestać liczyć na szczęście. Przestać myśleć, że może coś pamiętam bo przecież byłam i słuchałam. A przecież często nawet tego nie było! Nie było uwagi i skupienie, tylko z góry narzucona niechęć i przekonanie, że i tak nie zrozumiem, więc nie warto słuchać.
Mam powoli dość. Nie wiem czy siebie czy tej sytuacji. Pewnie wszystkiego po trochę. Muszę to jakoś zmienić. Podjąć decyzje. Zastanowić się co chce zrobić i gdzie się znaleźć.
Miałam dać sobie czas, lecz nic nie robię, by utrzymać się na tych studiach. Jestem zmęczona ciągłymi wątpliwościami. Jestem zmęczona ciągłymi dojazdami. I tak - chciałabym w końcu poczuć jak to jest być studentem. Bawić się w środku tygodnia, wyjść gdzieś ze znajomymi nie myśląc, że mam o tej i o tej pociąg, że muszę wracać a i tak będę późno w domu. Chciałabym się stąd wyrwać. Zacząć żyć i wziąć odpowiedzialność za siebie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz